Dialog i kompromis

Z Andrzejem Brzezieckim miałem okazję porozmawiać podczas jego wizyty w Poznaniu, podczas której promował książkową biografię Tadeusza Mazowieckiego. Rozmowa dotyczyła byłego premiera i jego zaangażowanie w politykę, przede wszystkim z perspektywy chrześcijanina.

W swojej książce Tadeusz Mazowiecki. Biografia naszego premiera pokazuje Pan, jak wiele było zmian w życiu, poglądach, formach politycznego zaangażowania Tadeusza Mazowieckiego. Jednak nie trzeba było go znać osobiście, by dostrzec trwały fundament wartości, na którym opierał swą działalność. Gdzie widziałby Pan ten rdzeń, element stałości w życiu premiera?

Wskazać należy na pewno dwie rzeczy, które Tadeusz Mazowiecki wyniósł z domu, głównie za sprawą swojego ojca – znanego lekarza, ale też działacza Akcji Katolickiej w Polsce i inicjatora różnych charytatywnych przedsięwzięć. Mowa o mocnej, niezachwianej wierze oraz o przekonaniu, że należy angażować się w sprawy publiczne. To przekonanie, wyniesione z wczesnych lat, napędzało go przez całe życie. Podejmował różne wyzwania, czy to jako redaktor, polityk, doradca strajkujących stoczniowców, czy wreszcie jako sprawozdawca ONZ w byłej Jugosławii.

Moment pełnego ukształtowania się politycznego Mazowieckiego przypada na październik 1956 r. Od tego momentu, chyba niezachwianie, Mazowiecki stawia na dialog i kompromis, wyznaje zasadę, że rozmawiając z drugą osobą, należy starać się wsłuchiwać w jej głos, wejść w jej buty, starać się ujrzeć jej perspektywę. Głosił to choćby w swoim głośnym eseju zatytułowanym Kredowe Koła (Więź 1962), w którym ateistę, marksistę zachęcał do przekraczania tytułowych kredowych kół, a więc pewnych barier ideologicznych, które uniemożliwiają osiągnięcie kompromisu. Jego upodobanie do kompromisu i dialogu widać też w czasie w strajku w stoczni w 1980 r., gdy Mazowiecki był skłonny przychylnie reagować na propozycje negocjatorów rządowych. Jednak nie po to, by ustępować, lecz właśnie po to, by doprowadzić do niezbędnego jego zdaniem kompromisu. Podobnie było w Sejmie, gdy w czasach rządów lewicy walczył o zapisanie wartości chrześcijańskich w nowej konstytucji.

Czyli dialog i kompromis – to właśnie te dwie wartości, które naznaczyły całą jego życiową drogę?

Tak. One w Polsce nie mają, niestety, pozytywnych konotacji. Kompromis często określany jest mianem zgniłego, a słowo „dialog” kojarzy się z uleganiem argumentom heretyków. Natomiast Mazowiecki nadawał tym dwóm pojęciom właściwe znaczenie. Wydaje mi się, że na tym wychodziliśmy, jako społeczeństwo, raczej dobrze. Mazowiecki zawsze przestrzegał przed polskim piekłem swar i kłótni. Mówił: dyskutujmy, rozmawiajmy, ale się nie kłóćmy. I on zawsze, jako polityk, starał się łagodzić spory polityczne. Choć nie zawsze mu się to udawało.

Mazowiecki był politykiem, dla którego wiara chrześcijańska stanowiła fundament publicznej działalności. Z tego też wynika chyba wspominana przez Pana postawa dialogiczna. Czy można wobec tego uznać go za dobry przykład chrześcijanina zaangażowanego w politykę?

Zdecydowanie tak. Koniecznie jednak z rozróżnieniem, które Mazowiecki konsekwentnie podkreślał, że on nie jest chrześcijańskim demokratą, lecz chrześcijaninem i demokratą. Wcześniej wyznawał zasadę, że nie ma czegoś takiego jak chrześcijańska polityka, a jedynie odpowiedzialność chrześcijanina w polityce, co oznacza, że rzeczy, które robimy, robimy i jako chrześcijanie, i jako politycy, a nie jako chrześcijańscy politycy. Mazowiecki bardzo nie chciał, bał się upolitycznienia chrześcijaństwa, robienia z religii narzędzia do realizowania polityki. Tego się wystrzegał, i dlatego unikał łatki chrześcijańskiego demokraty, chociaż pewnie najłatwiej byłoby go zakwalifikować do przedstawiciela chadecji.

Mazowiecki nie był ostentacyjnie religijny. Nie widzieliśmy go nigdy w pierwszych rzędach podczas pielgrzymek papieskich, chociaż to miejsce mu się należało. On bardzo głęboko, ale skrycie, wierzył w chrześcijaństwo, które nie jest znakiem przymusu, ale znakiem sprzeciwu wobec zła na świecie i znakiem nadziei. Chrześcijaństwo oparte na potrzebie służenia innym. Nieprzypadkowo jego „ojczyzną duchową” były Laski pod Warszawą, ośrodek dla niewidomych, w którym świetnie się odnajdywał, jako w miejscu, w którym katolicyzm pozbawiony jest pompy i ostentacji, jest po prostu bardzo skromny. Tam też został pochowany. W Laskach bardzo lubił przebywać również prymas Stefan Wyszyński.

Wywiad ukazał się w numerze 26/2015 Przewodnika Katolickiego, a w całości dostępny jest na stronie internetowej pisma.